w podbrzuszu wyrodnej nocy patroszę się tępą nadzieją, na poduszce rozkładam wnętrzności pośród innego cierpienia i obcego szaleństwa, pycha polewa wodą moją głowę, zlizuję świętość z jej dłoni i nie proszę o nic, nic nie mowię, nie słucham, nie patrzę